Na jakimś etapie życia, niekoniecznie w pełni świadomie, coś może cię zacząć kąsać (albo chociaż lekko podgryzać) i pytać wrednie o sens twojego życia.
Jak zabrać się za odpowiedź? Przedstawiam moją propozycję rozumienia tej sprawy.
Nie myl szczęścia z sensem, oba słowa są na "s", ale to pierwsze jest oparte na braniu, to drugie na dawaniu.
Sensu nie ma co mylić też z pasją, czyli znowu braniem - w tym przypadku zwanym: czerpaniem z życia, czyli mniej lub bardziej chwilowym poczuciem szczęścia.
Pytanie o sens to de facto trzy pytania:
1. Po co żyję? Czyli cel i kierunek.
2. Jak się moje życie liczy? Czyli dla kogo ma wartość
3. Jak to się razem spina? Czyli jak to jest dla mnie zrozumiałe, czy to wszystko czuję.
Niepełna mieszanka - brak sensownej odpowiedzi na jedno z trzech pytań powyżej będzie właśnie powodować to uczucie, że coś nie gra.
I cała zagwozdka polega na tym, że sensu się nie znajduje, szczególnie w postaci nagłej iluminacji. To raczej powolne i często nieznośnie mozolne budowanie, wykonywanie czynności, które strasznie spowszedniały.
Dla piekarza to zwykłe mieszanie ciasta, dla nauczycielki męczące sprawdzanie prac, dla kominiarza grzebanie w sadzy, dla kierowcy wożenie od a do b, i tak dalej, i tak dalej.
A dla szefów i szefowych mój mały apel i coś czuję pod skórą, że może być ważny:
Nie trzeba na siłę, okrągłymi zdaniami opowiadać ludziom jaki jest sens ich pracy, bo na to potrafią wpaść sami.
Dużo więcej wpływu mamy na niszczenie poczucia sensu - ignorując czyjś wkład, czy po prostu traktując kogoś niesprawiedliwie.
Nie zamęczajże się więc jak cię sensu pustka dopada.
Po prostu wstawaj rano, rób swoje, nie użalaj się nad sobą i nie marudź.
Bartosz Zamirowski
A tutaj wersja do słuchania i czytania:
