"Wyjdź ze strefy komfortu" - zdanie, które na salach szkoleniowych rozbrzmiewa jak świat długi i szeroki. Jest z tym sformułowaniem jeden problem, za to zasadniczy. Otóż nie istnieje coś takiego jak strefa komfortu, przynajmniej w nauce. Traktujmy to jako metaforę coachingową, którą czasami próbuje się w dość karkołomny sposób połączyć z krzywą Yerkesa-Dodsona z 1908 roku - badaniem na myszach, w którym 40 biednych zwierzątek dostawało prąd za wejście do złego korytarza. Trudno o solidniejszy fundament rozwoju współczesnego człowieka, nieprawdaż? Na tej podstawie cała banda bajerantów zrobiła miliony kolorowych slajdów w PowerPoint, służących do wciskania kitu.
Co zatem w rozwoju działa na pewno? Zjawisko habituacji.
Organizm przestaje reagować na powtarzający się bodziec, co ciekawe, działa to od ślimaków morskich po ludzi (Eric Kandel, Nobel w 2000 roku).
Czyli zawołania "jesteś leniwy" czy "boisz się wyzwań" - nie muszą być prawdziwe, to biologia wyłącza reakcję na to, co się nie zmienia.
Jak to się nam w życiu może objawiać?
Praca:
Pochwała, która rok temu motywowała pracownika, dziś jest tylko tłem. Dostał od ciebie podwyżkę? Super, ale to działa może trzy miesiące.
Nauka:
Powtarzanie tego samego materiału w kółko daje złudzenie postępu, bo mózg przestał reagować. Tak jak na tę samą metodę uczenia się czegoś.
Związki:
Te same rytuały, te same słowa - nie przestały być prawdziwe, tylko przestały być bodźcem rozwojowym dla waszej pary.
Trening:
Mięsień rośnie tylko, gdy zwiększasz obciążenie, czyli działa stresor. Ciało powie ci wprost to, co głowa skrzętnie ukrywa - na siłowni nie da się udawać rozwoju.
Morał tego Poniedziałku jest oczywisty:
Nie musisz "wychodzić ze strefy komfortu", tylko musisz zmieniać bodźce.
Różnica praktyczna jest taka, że oklepany mit każe ci robić rzeczy nieprzyjemne, a mądra biologia każe ci robić rzeczy inne.
I tak wygrywa się z rywalami w sporcie, z konkurencją w biznesie.
Rób inaczej.
Bartosz Zamirowski
A tutaj wersja do słuchania i oglądania:
